barsawia okiem owcy
sobota, 24 czerwca 2017

Po powrocie do naszego świata Shana chciała jak najszybciej rozwiązać sprawę pomocy dla swojej siostry, Ilys. Dziewczyna po odprawieniu w ruinach starożytnego miasta Przedwiecznych, Alaozar, rytuału mającego przywrócić jej zdrowie, przestała być sobą. Według Żelaznej Gubernator, odpowiedniczki Ilys z innego wymiaru, uratowanie jej przyjaciółek, Cynthii i Katsumi, które utkwiły w Alaozar, było kluczem do uratowania samej Ilys.

Shana założyła, że skontaktujemy się z inną przyjaciółką jej siostry, Ogarem Chaosu Fenri, która przeniesie nas do ruin starożytnego miasta. Ponieważ w Urupie nie natknęliśmy się na żaden ślad Fenri, Wojowniczka postanowiła odszukać ją przy pomocy wróżki Felicji, z której usług korzystaliśmy już w przeszłości. Niestety, okazało się, iż podczas wojny popyt na jej usługi był tak wielki, że przemęczona rzadko kiedy teraz przyjmuje. Zastępuje ją córka, lecz uprzedziła Shanę, że nie jest jeszcze tak dobra, jak matka. Mimo to Wojowniczka zaryzykowała seans.

We wróżebnej kuli zobaczyła obraz Fenri rozkrzyżowanej w magicznej figurze, na podłodze z kamiennych płyt. Wróżka poradziła Shanie, by jeszcze pomyślała o tej wizji, gdyż umysł mógł zarejestrować więcej, niż w tej chwili jej się wydaje. Po długich medytacjach Wojowniczka stwierdziła, że w figurę magiczną wpisany był znak Cierni Prawości, fanatyków Jaspree. A Fenri była skuta kajdanami identycznymi jak te, które znaleźliśmy w ich opuszczonej placówce na Pustkowiach. Mieliśmy więc jakiś punkt zaczepienia, ale problemem pozostało odnalezienie tej konkretnej placówki, w której uwięziono Fenri.

Rozważaliśmy również opcję dotarcia do Alaozar na własną rękę. Jednak (pomijając nawet ogromną odległość i związany z tym długi czas podróży - Alaozar leży w Rugarii, w dżungli Seraph), z informacji, które Xyko uzyskał w ambasadzie Thery, jasno wynikało, że jest to niemal niewykonalne, zwłaszcza w dzisiejszych powojennych czasach.

Oprócz spędzania czasu z bliskimi i zbierania informacji, wykorzystaliśmy pobyt w Urupie na szukanie dobrej okazji do szybkiego zarobku (nic sensownego się nie trafiło) oraz nauczycieli (w sytuacji, gdy większość wysokokręgowych Adeptów nie wróciła z wojny, okazało się to trudnym zadaniem).

Xyko, wiedząc, że ma nikłe szanse na znalezienie nauczyciela, bezskutecznie próbował wezwać Duchowego Mistrza. Ostatecznie pomogła mu nasza znajoma demonica Aria, która zaproponowała sprowadzenie nauczyciela w zamian za przysługę. Chciała odzyskać jakiś przedmiot znajdujący się w posiadaniu Cierni Prawości.

Zdecydowaliśmy, że przyjmiemy jej ofertę - istniała szansa, że Fenri jest przetrzymywana akurat w tej placówce, do której zamierza nas wysłać demonica, zatem mogliśmy upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Kilka dni później Aria poinformowała wietrzniaka, że placówka kultystów znajduje się w Górach Smoczych i mamy na nią czekać w Travarze lub Złotym Strumieniu za półtora miesiąca – to będzie najbardziej optymalny termin na przeprowadzenie operacji, gdyż lokacja powinna wówczas mieć minimalną obsadę.

Gdy tylko Xyko zakończył szkolenie na Dziewiąty Krąg Mistrza Wiatru, wyruszyliśmy do Travaru, który dawał większą szansę na znalezienie informacji, nauczycieli czy pracy. Okazało się, że w ostatnich czasach w mieście zaszły pewne zmiany, o czym Shana boleśnie przekonała się, zastając dom rodzinny zamknięty na cztery spusty i wystawiony na sprzedaż.

Od prowadzącego sprawę prawnika dowiedziała się, że Thannowie splajtowali, do czego przyczyniły się wojna, nietrafione decyzje, konkurencja i polityka... Gdy wybuchła wojna, brat Shany, Thomas, przebywał w Jerris w interesach. Ściągnął do siebie ciężko chorą matkę, która padła ofiarą magicznej trucizny. Długo zmagała się z jej skutkami, ale w Travarze nikt nie potrafił jej pomóc. A w Jerris ponoć mieli być specjaliści od takich spraw. Ponieważ miasto przeszło pod „opiekę” Iopos, utknęli tam na dobre, a ojciec Shany pojechał im pomóc. Żadne z nich nie wróciło do Travaru, przysłali jedynie dyspozycję sprzedania całego majątku. Obecnie z Jerris praktycznie nie ma żadnej komunikacji, panuje tam cenzura, ciężko się tam zarówno dostać, jak i wydostać.

Ostatnie lata charakteryzowała agresywna walka o rynki zbytu, ktoś zaczął pozbywać się co większych graczy - rodzina Shany nie była jedyną ofiarą, ktoś musiał pociągać naprawdę za wiele sznurków. Prawnik zdradził Shanie, że za wszystkim stoi Kompania Avalon, wywodząca się ponoć z północy, z Królestwa Velten. W Travarze pojawili się kilka miesięcy przed wybuchem wojny, w zasadzie znikąd. Nie opowiadają o sobie zbyt wiele, ale przypuszcza się, że stoi za nimi ktoś inny. Mają ogromne możliwości finansowe, nie przebierają w środkach (choć oficjalnie nikt ich na niczym nie przyłapał) i zdołali przejąć większość handlu w mieście. Ostatnie dwie broniące się przed nimi rodziny połączyły siły. Nie opanowali jeszcze Urupy i Throalu, gdzie nie chcą ich wpuścić.

Kompania ma siedzibę w Złotej Dzielnicy, w pobliżu ambasady Thery i nie można pomylić jej z niczym innym – przypomina zamek obronny. Na ich czele stoi niejaki Bjorn Fergusson, Wojownik Opiekun, znający się nieźle na handlu i potrafiący prowadzić twarde negocjacje. Jego rysopis utwierdził Shanę w przekonaniu, że jest to jeden z klonów pana Svergssona (byś może z lokatorem w środku – jedną z istot uwolnionych ze Szczeliny Zagłady) i za wszystkim stoją siły Północy.

Natomiast Xyko dowiedział się od innych wietrzniaków, że mają wrażenie, jakby coś drążyło miasto od środka. Ciężko to uchwycić, to raczej rodzaj przeczucia. Zaczęło się wraz z pojawieniem się Kompanii Avalon. Przybyła ich z północy trójka, wszyscy niedostępni, a zatrudnieni przez nich miejscowi nie zdradzają na ich temat żadnych informacji, w najlepszym razie odpowiadając półsłówkami. Konkurencja i każdy wścibski po prostu znikają.

Niestety, okazało się również, że w Travarze wcale nie jest łatwiej znaleźć nauczyciela, niż w Urupie. Poza szefem Kompanii Avalon w mieście jest tylko dwóch Wojowników Opiekunów, przy czym jeden pracuje dla połączonych rodzin kupieckich i nie ma czasu dla uczniów. Drugi pojawił się niedawno – wrócił z wojny i spędza czas na zabawie. Ponoć jest elfem pochodzącym z Throalu, nazywa się Lazarus, ale wiadomo o nim wyjątkowo niewiele, poza tym, że awansował zaskakująco szybko i w tajemniczych okolicznościach.

Shana odszukała go w jednej z knajp, otoczonego wianuszkiem szczebiocących kobiet i co jakiś czas stawiającego kolejkę wszystkim obecnym. Przez dłuższą chwilę obserwowała go – wyglądał zupełnie normalnie, ale dla pewności trzeba było spojrzeć w przestrzeń astralną. Tylko Vee miała na tyle dużo szczęścia, że zdołała zajrzeć za widoczną dla wszystkich otoczkę. Najwyraźniej elf miał pana, który kojarzył się Vee z łopotem skrzydeł, górami i przemykającym cieniem...

Następnego dnia Wojowniczka umówiła się z nim na spotkanie. Po przywitaniu się poczuła, jakby spojrzał na nią ktoś inny i dokładnie przejrzał ją na wylot. Podczas rozmowy wydawało się, że Lazarus wie wszystko o naszej grupie. Zgodził się uczyć Shanę w zamian za przysługę, trudną misję o pewnych szansach powodzenia (określił je na 1-50%). Oczywiście kiedyś w przyszłości, gdyż wie, że obecnie jesteśmy zajęci. Z drwiącym uśmieszkiem dodał, że nie byłoby to nic niezgodnego z kodeksem Wojownika, ale niekoniecznie byłoby zgodne z przekonaniami samej Shany.


CDN

15 Teayu – 13 Borrum 1514 r. w świecie gry

(sesja 17-09-2016)

Pozdrawiam, Owca





środa, 14 czerwca 2017

Rejs do Urupy upłynął spokojnie, a w trakcie podróży dowiedzieliśmy się, co wydarzyło się podczas naszej nieobecności. Przede wszystkim wybuchła wojna między Barsawią a Therą. Zaczęło się od jakiegoś zamieszania w pobliżu Triumfa, po czym król Neden napisał tzw. Deklarację z Harwood, nawołującą mieszkańców Barsawii do zjednoczenia i wypędzenia Theran z prowincji.

W odpowiedzi Theranie wysłali do Throalu poselstwo, ogłaszając, że pomimo ostatnich trudności, Thera nadal ceni krasnoludzkie królestwo jako lennika, a jego mieszkańcy w geście lojalności powinni wydać im Nedena. Nie wykonanie tego polecenia miało oznaczać deklarację wojny. Throal odmówił i Theranie wycofali się, ale tej samej nocy tajemniczy pożar spustoszył Wielki Targ.

Król Neden rozpoczął kampanię nękającą Triumfa. Kryształowi Łupieżcy przechwytywali therańskie zaopatrzeniowe okręty powietrzne, t'skrangi blokowały rzekę. Jednak pomimo próśb Nedena o pomoc, większość Barsawii zaoferowała tylko niewielkie wsparcie materialne. Natomiast niespodziewanie pomogły krwawe elfy, biorąc udział w ostatecznym ataku na Triumfa. Behemot został zniszczony (podobno ogromną rolę odegrało tu kilka elitarnych grup Adeptów, które przedostały się do środka), a krwawe elfy wymordowały wszystkich wycofujących się przeciwników i odeszły, niczego nie tłumacząc i nie biorąc udziału w dalszych wydarzeniach.

Na fali sukcesu Neden postanowił odbić Vivane. Pokonanie Triumfa zapewniło mu wsparcie reszty prowincji. Niespodziewanie do akcji włączył się również Wielki Smok Vasdenjas wraz z trzema mniejszymi smokami. Tym razem jednak Thera była przygotowana na atak.

Doszło do wielkiej bitwy, podczas której Theranie użyli jakiejś nowej, niezwykle potężnej broni, łączącej i skupiającej moc wielu magów. Strzelała rzadko, ale jej moc była ogromna, niszczyła mniejsze statki powietrzne i poważnie uszkadzała większe.

Kolejnym zaskoczeniem tej bitwy było pojawienie się nad Vivane potężnego Horrora Chmura, od Pogromu wiszącego w górach na północ od miasta. Nie wiadomo, co go przyciągnęło (być może potężna magia, cierpienie niewolników, negatywne emocje związane z bitwą), w każdym razie spowodował ogromne zniszczenia i śmierć tysięcy osób.

To jednak nie był koniec niespodzianek. W pewnym momencie przez pole bitwy przetoczyła się niezwykle silna magiczna fala uderzeniowa o nieznanym pochodzeniu. Horror Chmura rozdzielił się wtedy na kilka mniejszych części i oddalił od miasta. Wszystkie statki powietrzne zostały zablokowane na kilka chwil i zaczęły dryfować w różnych kierunkach. Adeptów poraził ogłuszający ból. Therańska broń wybuchła, oddając jednocześnie kilka strzałów. Jeden z nich trafił Wielkiego SmokaVasdenjasa, który spadł i zginął.

Theranie zaczęli odwrót, jednocześnie koncentrując siłę ataku na statku dowodzonym przez króla Nedena. Poważnie uszkodzona jednostka, spadając, uderzyła w jeden z filarów podtrzymujących Powietrzną Przystań. Barsawianie skupili się teraz na atakowaniu uszkodzonej podpory i pozostałych filarów, co ostatecznie doprowadziło do tego, że Powietrzna Przystań runęła na Vrontok i pogrzebała je pod gruzami.

To wydarzenie zakończyło bitwę. Resztki therańskich sił wycofały się, zaś na niebie pojawiły się tuziny smoków, które zaprezentowały taniec ku pamięci Vasdenjasa. Smoki nie dopuszczały nikogo do jego ciała, a tydzień po bitwie Górski Cień spalił je swoim ogniem.

Ciała króla Nedena nigdy nie odnaleziono. Jego śmierć spowodowała w Throalu zamieszanie związane z koniecznością wyboru nowego władcy.

Podczas działań wojennych zginęło wielu Dawców Imion i Adeptów. Vivane jest spaczone i pełne nieumarłych. Ocalały tylko nieliczne statki powietrzne, w związku z czym obecnie podróżuje się głównie rzekami. Theranie są mało widoczni, ale utrzymują swoje ambasady w miastach Barsawii.

Do tego wszystkiego Deneiraści wykorzystali fakt, że Throal skupiony jest na sprawach wewnętrznych i Iopos zaanektowało Jerris.

Naprawdę dużo się wydarzyło podczas naszej nieobecności. A zanim dopłynęliśmy do Urupy, zgodnie z obietnicą bliźniąt Oponn, odzyskaliśmy również wspomnienia z przyszłości. Wracały do nas stopniowo, w snach, które początkowo braliśmy za koszmary.

W samej Urupie przez te półtora roku niewiele się zmieniło. Położona z dala od wydarzeń wojennych nie ucierpiała, sfinansowała jedynie kompanię najemników.

Shana z radością przywitała się z Delli, zaś Orian stanął przed faktem, że u Nilla w Czarze Błękitnej Gwiazdy znalazła schronienie i zatrudnienie Ilanea wraz z dwójką jego dzieci. Oczywiście harpia występuje w swej elfiej postaci i nikt nie zna jej prawdziwej natury. Uciekła z Lass Taren, gdy Królestwo Netalii przysłało tam swoje wojska. Królowa Travia, jej matka, umożliwiła jej ucieczkę przez portal.


CDN

19 Riag – 15 Teayu 1514 r. w świecie gry

(sesja 10-09-2016)

Pozdrawiam, Owca



sobota, 06 maja 2017

Po rozmowach z zarządcami Nadziei i Pożogą wiedzieliśmy już mniej więcej, w jakim lodowym bagnie wylądowaliśmy, ale wciąż nie mieliśmy sposobu, by się z niego wydostać. Przeszukaliśmy dokładnie całą wyspę, lecz nie znaleźliśmy żadnego zejścia do podziemnego świata (moglibyśmy opuścić wyspę wędrując przez Desekh), potężnego źródła energii, którego mogłaby użyć Pożoga, ani nic innego, co mogłoby nam jakoś pomóc. Tubylcy byli w stanie poruszać się tylko w promieniu tygodnia od wyspy, zaś kupcy przypływali tu zaledwie dwa razy w roku. Nie uśmiechało nam się wielomiesięczne czekanie.

Ive i Xyko polecieli więc na południe, by zbadać wyspy znajdujące się poza zasięgiem mieszkańców Nadziei. Na ostatniej wyspie dowiedzieli się, że dalej nie ma już nic – tylko syreny - i nie pływa się tam, gdyż owe stwory pożerają ewentualnych śmiałków. Nasza dwójka oczywiście poleciała dalej i jakieś trzy godziny później zauważyli grupę syren wylegujących się na małych wysepkach.

Gdy je minęli, nagle zrobiło im się słabo i poczuli gwałtowne uderzenie gorąca. Musieli przelecieć przez jakąś magiczną barierę, ponieważ klimat kompletnie się zmienił i zrobiło się bardzo ciepło.

Kontynuowali lot i po pewnym czasie ich uwagę przyciągnął migoczący na horyzoncie punkt. Polecieli w tamtą stronę i przekonali się, że z morza wynurza się skalista wyspa z platformą na środku i strzelającą z niej wieżą z czarnego kamienia, zakończoną srebrnym szpicem. Gdy się zbliżyli, z platformy podniósł się tuman kurzu lub piasku, a gdy opadł, stała tam postać w ciemnych szatach, która przyzwała ich gestem ręki. Nie wyglądała na barsawiankę, za to z pewnością na kapłankę Nehelenii.

- Spodziewałam się twojego przybycia od kiedy moja Pani zwróciła na ciebie uwagę – powiedziała do Xyko, który nieopatrznie użył imienia Pani Czarnego Piasku podczas rozmów z zarządcami Nadziei.

Wiedziała, kim jest wietrzniak. Jej Pani rzekła, że skoro raczył o niej wspomnieć i myśleć, może zaoferować nam swą pomoc – oczywiście nie za darmo. Umożliwi nam podróż do źródeł mocy, które możemy wykorzystać, by wrócić do swego czasu, a w zamian mamy zabrać ze sobą pewien przedmiot. Jej Pani nie gwarantuje nam bezpiecznego przejścia, ale skieruje nas w odpowiednią stronę i nie będzie przeszkadzać. Jeśli nie przyjmiemy jej oferty, nie staniemy się wrogami, jednak nie mamy co liczyć na jakiekolwiek wsparcie.

Kapłanka powiedziała również, że możemy porozmawiać z syrenami. Mieszkają na granicy wpływów i jeśli będą chciały, mogą nam pomóc przypłynąć z Nadziei. Tak więc Ive i Xyko udali do syren i zdołali wynegocjować, by jedna z nich przyspieszyła za pomocą magii płynącą łódkę – bez tego płynęlibyśmy trzy i pół tygodnia.

Gdy wrócili do Nadziei, omówiliśmy sprawę i postanowiliśmy skorzystać z propozycji Nehelenii. Nikt z nas nie miał specjalnej ochoty na współpracę z nią, ale chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w swoich czasach. Zresztą wiedzieliśmy, że nikt nie pomógłby nam za darmo.

Zgodnie z ustaleniami jedna z syren wspomogła nas swym śpiewem i łódź, podarowana nam przez mieszkańców Nadziei, popłynęła nienaturalnie szybko. Następnego dnia po wypłynięciu minęliśmy terytorium syren, po czym nagle zrobiło się upalnie. Mała syrenka przestała nam pomagać, ale na horyzoncie widzieliśmy już migotanie, a po chwili skalista wyspa z wieżą pojawiła się tuż przed nami. Na platformie stała kapłanka, z którą rozmawiali Xyko i Ive.

Po drugiej stronie wyspy czekał już czarny dwumasztowy szkuner, na którym powitała nas inna kapłanka. Podróż upłynęła bardzo szybko, jednak zabroniono nam rozmów z załogą, a kapłanka nie była skłonna odpowiadać na nasze pytania.

Wieczorem następnego dnia dostrzegliśmy linię brzegową ukoronowaną potężną twierdzą, wokół której wznosiły się trzy wieże, identyczne jak na tamtej skalistej wysepce. Za nimi rozciągała się dżungla. Od kapłanki dowiedzieliśmy się, że rzeka, przy ujściu której rozlokowała się twierdza, to Xandorn. A zatem od wczoraj zdążyliśmy zmienić morze, po którym płynęliśmy!

Kapłance na koniec nieco rozwiązał się język i powiedziała, że powinno nam zależeć na czasie, gdyż moc monet Nivette, które nas chronią, nie jest niewyczerpana, a już ją mocno nadwyrężyliśmy. Choroba cały czas próbuje nas zniszczyć. Jest efektem jakiegoś starożytnego rytuału działającego na skalę światową. Dodała, że jeśli mamy więcej pytań, będziemy mogli je zadać jej przełożonej, która poprowadzi nas dalej.

Po chwili dobiliśmy do brzegu. W porcie cumowały również statki powietrzne – kamienne pudełka, które widzieliśmy w Lass Taren w innej rzeczywistości. Daleko za widnokręgiem coś wydawało się rozświetlać niebo – dowiedzieliśmy się, że to front wojenny, poświata bijąca od lodu.

Kapłanka poprowadziła nas przez miasto zbudowane u stóp twierdzy, do kamienicy w pobliżu murów. Tam spotkaliśmy się z Kaylą, która miała być naszą przewodniczką podczas dalszej podróży. Wyjaśniła w skrócie, co nas czeka i zapytała, co jeszcze chcemy wiedzieć. Dodała, że informacje, które ze sobą zabierzemy mogą - ale nie muszą - zmienić przeszłość. Jej zdaniem i tak zapewne wszystko zapomnimy – to najbardziej prawdopodobne działanie Pani Czasu.

Potwierdziła, że Królową Północy jest Katia z Acheronu, lecz niewiele więcej o niej wiadomo. Nie ma pewności, czy działa świadomie, czy też została przejęta przez obcą istotę. Ponoć dąży do tego, by uczynić świat szczęśliwym pod jej wodzą. Miłość jest zbędna, najwspanialszy jest czysty lód. Dozwolona jest tylko miłość do niej – podobno wszyscy jej słudzy kochają ją.

Do Kataklizmu doszło w roku 1518, jednak nie jest znana dokładna data, z jakiegoś powodu nikt jej nie pamięta (zresztą rok też może być fałszywy). Nie wiadomo, co dokładnie go spowodowało. Podejrzewa się, że Królowa Północy zabiła, bądź pokonała, uwięziła i mogła kontrolować czempiona Gorejącej Czeluści. Przejęła jego moc i wiedzę, skontaktowała się bezpośrednio ze smokiem, po czym odprawiła potężny rytuał.

Jednak rytuał nie odpowiada za wszystko - na pewno zmienił klimat. Plaga prawdopodobnie też jest dziełem Katii, ale nie ma co do tego pewności, może być tylko efektem ubocznym. Nie sposób z nią walczyć, gdyż cały czas się zmienia, każda opracowana odtrutka natychmiast staje się nieskuteczna.

Plaga sprawiła, że spośród Adeptów niemal nikt nie przeżył (na terytorium Katii zmarli Adepci powstali jako upiory). Potencjalni Adepci ciężko chorowali i wielu z nich zmarło. Natomiast pozostali nie mieli żadnych poważnych objawów, co najwyżej cofali się w rozwoju. Nehelenia stara się swoją mocą osłabić niszczące kreatywność działanie Plagi. Królowej Lodu na tym nie zależy.

Dodatkowo choroba w jakiś sposób zmienia Wzorzec i u ocalałych można obudzić nowe moce, czyniąc ich Obdarowanymi.

Gdyby Nehelenia w porę się nie obudziła, lód sięgałby dużo dalej na południe. Zachód chroni tajemnicza jednooka Protektorka o potężnej mocy, zaś na wschodzie Kataju broni tamtejszy władca. Obie strony stawiają wieże, które obejmują mocą ich terytoria. Natomiast na Therze odprawiono rytuał, który okrył ją kopułą, po czym wyspa zapadła się pod powierzchnię wody, chroniąc się w ten sposób przed zagrożeniem.

Po bogach i smokach zniknął wszelki ślad. Przetrwali ci, którzy spali - jak Nehelenia i smoki w podziemnym świecie Desekh. Padła również większość horrorów.

Z demonami zawarto układ, gdyż żadna ze stron nie chciała, by stanęły po stronie przeciwnika. W zamian za neutralność wszystkie krainy astralne należą do nich i nikt nie może wejść do przestrzeni astralnej bez ich zgody.

Na koniec kapłanka stwierdziła, że jej Pani cieszy się kiepską opinią, ale pewne radykalne poglądy dawno już jej przeszły.

Następnego dnia, prowadzeni przez Kaylę i czterech Obdarowanych, wyruszyliśmy wgłąb Dżungli Seraph, kierując się do ruin starożytnego miasta Alaozar. Podróż została magicznie przyspieszona i po pięciu dniach dotarliśmy do zarośniętych ruin jajowatych budynków, wyglądających obco i niepokojąco.

W głębi miasta weszliśmy do okazałej budowli i szerokimi, spiralnymi schodami o niskich stopniach ruszyliśmy w dół. Kilkaset metrów niżej znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu wyłożonym dobrze zachowanymi kamiennymi płytami. Kapłanka otworzyła znajdujące się tam drzwi, a ciągnący się za nimi korytarz doprowadził nas do zawieszonej nad studnią platformy.

Wskoczyliśmy do studni i po jakimś czasie, przeleciawszy przez jakąś barierę, wylądowaliśmy w dużej jaskini. W powietrzu unosił się ostry korzenny zapach, któremu towarzyszyło bulgotanie i czerwona poświata bijąca z odległego krańca pieczary. Okazało się, że znajduje się tam przejście do drugiej jaskini, wypełnionej czerwoną, bulgoczącą cieczą. W centrum owego podziemnego jeziora stał postument z kryształową kulą zaopatrzoną w wypustki. Kapłanka oznajmiła, że to właśnie jest źródło mocy.

Pożoga czując moc, natychmiast się przebudziła i z pomocą Kayli zajęła się otwieraniem bramy. Pozostali mogli tylko czekać i zachować czujność na wypadek, gdyby Pani Północy w ostatniej chwili postanowiła się wtrącić.

Nic nam jednak nie przeszkodziło. Po kilku godzinach korzenny zapach stał się jeszcze bardziej intensywny, a jezioro zamieniło się w jeden wielki wir. Kryształowa kula na postumencie również zaczęła wirować, strzelające z niej bicze energii chlastały powierzchnię cieczy.

Kapłanka przekazała wietrzniakowi jajowate zawiniątko z przedmiotem, który mieliśmy zabrać ze sobą w zamian za udzieloną nam pomoc. W środku spoczywało spore, smoliście czarne, błyszczące jajko. Kayla wyjaśniła, że po przybyciu do naszego czasu mamy je po prostu wypuścić.

Tymczasem rozbudzone moce jaskini szalały coraz bardziej i w pewnym momencie Pożoga otworzyła płonące oczy:

  • Brama się otwiera, skaczcie!

Tafla jeziora wygładziła się, wskoczyliśmy do wody... i nagle znaleźliśmy się w powietrzu, po czym uderzyliśmy w skałę. Jeszcze przez chwilę widzieliśmy wiszący nad naszymi głowami okrąg, ale po chwili po bramie nie było już śladu.

Ponownie wylądowaliśmy w kraterze wygasłego wulkanu, ale tym razem było ciepło. Zanim zdążyliśmy się pozbierać i stwierdzić coś więcej, nad nami pojawił się kolejny okrąg, z którego wyszło rodzeństwo Oponn. Nowi - starzy bogowie Szczęścia i Losu, którzy wrócili na swoje stare miejsce, zajmując domenę opuszczoną przez Nivette. Chłopak od razu wyciągnął w naszą stronę dłoń, lecz dziewczyna przytrzymała go, przyglądając nam się uważnie.

Stwierdziła, że posiadamy informacje, które ją interesują, ale mamy niewiele czasu do przybycia Kurumi, Pani Czasu. Ona z pewnością natychmiast odbierze nam wspomnienia z przyszłości, ale Oponn zobowiązali się, że je odzyskamy, w zamian za monety z mocą Nivette i za podzielenie się wiedzą. Obiecali też, że będziemy mieli szczęście, jeżeli chodzi o wydostanie się z Wysp Popiołu.

Wietrzniak najpierw położył na ziemi jajko otrzymane od kapłanki Nechelenii (wniknęło wgłąb i tyle je widzieliśmy), po czym opowiedział w skrócie, czego dowiedzieliśmy się w trakcie naszej wyprawy.

Ledwie zniknęli Oponn, poczuliśmy nagły powiew i otworzył się kolejny portal, w którym zobaczyliśmy Kurumi. Pani Czasu nie wdawała się w żadne pogawędki, machnęła tylko ręką i straciliśmy przytomność.

Gdy się ocknęliśmy, nie pamiętaliśmy niczego od momentu otwarcia bramy przez Pożogę w tamtej rzeczywistości. Byliśmy więc przekonani, że przejście się udało i Ashigara nie zdołała nam przeszkodzić.

Jednak Pożoga wyczerpała całą swoją energię i nie mogła uzupełnić jej w wygasłym wulkanie, nie było więc co liczyć na jej pomoc w wydostaniu się z wyspy. Wygramoliliśmy się więc z krateru i skierowaliśmy do ruin fortecy Far'faren Silvi. Szczęśliwie udało nam się tam schronić, zanim rozpętała się potworna burza trwająca pół nocy.

Rankiem, brodząc w błocie z wulkanicznego pyłu, dowlekliśmy się do brzegu wyspy. Xyko podleciał do góry i wypatrzył w pobliżu dziwnie przechylony statek. Wietrzniak poleciał tam z Ive i okazało się, że to znana nam Śnieżka, którą po raz pierwszy płynęliśmy na Wyspy Popiołu i której kapitanem jest wuj naszej przyjaciółki Abbie. Nocna burza rzuciła statek na skały, ale uszkodzenia nie były zbyt poważne i w ciągu kilku godzin udało się je naprawić. Co ważniejsze, znaleźliśmy w ten sposób transport do Urupy.


CDN

11 Sollus - 19 Riag w świecie gry

(sesja 06-08-2016)

Pozdrawiam, Owca

 

 



wtorek, 18 kwietnia 2017

Tak właśnie! Po dłuuugiej nieobecności związanej z licznymi a niebezpiecznymi i fascynującymi wyprawami (a tak naprawdę brakiem czasu na pisaninę i niewielką ilością rozgrywanych sesji - ale to drugie to już nie moja wina!), pojawiam się z nowymi rozdziałami kronik naszej dzielnej drużyny. Mam nadzieję, że uda mi się powrócić do w miarę regularnego pisania i publikowania, naprawdę mi tego brakowało...

A zatem:

Chwilę po naszym lądowaniu w kraterze śnieg przestał padać. Powoli doszliśmy do siebie, jedynie Isabella i wyczerpana Ive nie odzyskiwały przytomności. Xyko wyleciał z krateru i stwierdził, że cała dolina zajmująca większość wyspy została jakiś czas temu zalana ogromną ilością lawy, którą obecnie przykrywała gruba warstwa białego puchu. Otaczające dolinę góry zasłaniały widok, ale wietrzniak dostrzegł na powierzchni morza wiele białych plam - prawdopodobnie lód.

Bez wątpienia znajdowaliśmy się na Archipelagu Czarnego Popiołu, na wulkanicznej, niegdyś potwornie gorącej wyspie. Zmiany, które tu zaszły, były bardzo niepokojące. Jedynie Kulka była w swoim żywiole. Była teraz na tyle silna, że w dwóch skokach przeniosła nas wszystkich z krateru na platformę fortecy Far'faren Silvi. Warstwa zastygłej lawy i śniegu dochodziła niemal do jej powierzchni, a przecież to miejsce znajdowało się kilkadziesiąt metrów nad dnem doliny! Sama forteca była zrujnowana bardziej, niż podczas naszej pierwszej bytności w tym miejscu, ale przynajmniej oferowała schronienie przed przeraźliwym zimnem panującym na zewnątrz.

Nie mieliśmy pewności, czy Pożoga przeniosła nas do naszego świata. Chcąc się o tym przekonać, Xyko próbował skontaktować się z naszą znajomą demonicą Arią za pomocą służącej do tego karty. Jednak zamiast Arii pojawił się obraz miniaturowej demonicy, która oznajmiła, że właściciel karty jest w tej chwili niedostępny bądź nie żyje, zaś wietrzniak nie posiada wymaganych uprawnień. W związku z tym bardzo jej przykro, ale musi zdezaktywować kartę.

Wyglądało na to, że utknęliśmy na tym odludziu kompletnie odcięci od świata. Wcześniej Pożoga zapewniała, że bez problemu wydostanie nas z wyspy, ale nikt nie przewidział, że utraci wszystkie siły, a wulkan wygaśnie i nie będzie mógł jej zapewnić energii. Nie mogliśmy też skorzystać ze znajdującego się w fortecy portalu. Mieszcząca go komnata była częściowo zawalona, a przede wszystkim nie mieliśmy klucza, który pozwoliłby go użyć.

Następnego dnia Isabella i Ive odzyskały przytomność. Dziewczyna była słaba, ale czuła się dobrze. W Ive nie odzywał się nawet ślad Pożogi, w dodatku twierdziła, że nie pamięta niczego od momentu swojej ucieczki z Travaru.

Pod naciskiem Shany opuściliśmy twierdzę i Kulka przeniosła nas do wyjścia z doliny. Na brzegu ujrzeliśmy dużą kolonię nieznanych nam zwierząt o krótkich kończynach przypominających płetwy, lśniącej gładkiej sierści i wielkich oczach. Niektóre z nich pływały w lodowatej wodzie i łowiły ryby. Ominęliśmy je z daleka, uważnie przez nie obserwowani i skierowaliśmy się w stronę wypatrzonego przez Ive schronienia.

Było to coś w rodzaju prowizorycznej chatki o dachu porośniętym mchem i porostami. Obok leżał kawał drewna przypominający fragment prymitywnego czółna. Skoro ktoś przypływał tu czółnem, nie mogło być stąd daleko do siedzib Dawców Imion. Wprawdzie płynąc niegdyś na Wyspy Popiołu od strony Urupy i Wyspy Syrenich Nut nie widzieliśmy w pobliżu żadnego zamieszkałego miejsca, ani nawet kawałka lądu zdatnego do zamieszkania, ale to mogło ulec zmianie.

Ive zamieniła się w sokoła i postanowiła rozejrzeć się po okolicy. Odkryła trzy spore wyspy, ale nie dostrzegła żadnych szczegółów. Xyko wzbiwszy się tak wysoko, jak dał radę, potwierdził jej obserwacje. Tych wysp z całą pewnością dawniej nie było, podobnie jak brył lodu obficie pokrywających powierzchnię morza. Wietrzniak zagadnął jakiegoś ptaka i od niego dowiedział się, że „dwunogi” mieszkają na wszystkich większych wyspach, unoszą się też na wodzie, a są tu odkąd on żyje.

Xyko wysnuł z tego wniosek, że nie trafiliśmy do naszego świata. Tak duże wyspy nie mogły się tak szybko pojawić i w dodatku zostać zamieszkane.

Razem z Ive polecieli na największą z zauważonych wysp. Była skalista, pozbawiona drzew, porośnięta tylko przez porosty i odrobinę krzewów, wśród których pasło się stadko kóz. Blisko brzegu na wodzie unosiło się kilka łodzi, z których ludzie łowili ryby przy pomocy ościeni. Wokół małej zatoczki stały kamienne domki, w kilku skalistych wzgórzach ciemniały otwory jaskiń. Osada nie miała palisady ani strażników.

Pojawienie się Xyko i Ive wywołało popłoch i sensację. Tubylcy nie wiedzieli, czy mają uciekać, walczyć, czy odganiać przerażające demony, które ich nawiedziły. Ich język okazał się bardzo prymitywny, podobnie jak stroje, broń, czy wszelkie narzędzia. Nie było wśród nich żadnego Adepta ani nic zawierającego choćby śladową ilość magii.

Po dłuższym czasie wietrzniakowi udało się porozmawiać z wodzem i dowiedział się, że tubylcy nie znają innych ludów. Ze słów wodza wynikało jednak, że na wyspie, którą Xyko zidentyfikował jako Wyspę Syrenich Nut, istnieje duża osada, a jej mieszkańcy są bardziej zaawansowani technologicznie. Wietrzniakowi udało się przekonać wodza, żeby jego ludzie nas tam zawieźli.

Kilka dni później dotarliśmy na miejsce. Na skałach otaczających wyspę nie wylegiwały się, jak dawniej syreny, nie skrywała jej również zasłona gęstej mgły. Wokół pływały łodzie porządniejsze od prymitywnych czółen, którymi przypłynęliśmy, a przy wejściu do prowadzącego w głąb wyspy tunelu cumowała nawet niewielka barka. Nie zatrzymywano nas, ale załoga statku gapiła się na nas z otwartymi ustami i usłyszeliśmy sygnał alarmowy.

Wnętrze wyspy obecnie było porośnięte nie dżunglą, a mieszanym lasem. Nad wodą rozłożyło się małe miasteczko, o domkach zbudowanych głównie z sitowia i drewna. Jedynie kilka postawiono z kamienia, prawdopodobnie pochodzącego ze zrujnowanej wieży Nivette, której smętne resztki od razu rzuciły nam się w oczy. Rozglądaliśmy się z ciekawością i niepokojem, ale wciąż nie zauważyliśmy żadnego Adepta i ani śladu jakiejkolwiek magii.

Na nabrzeżu powitali nas kobieta i mężczyzna, wyglądający o wiele bardziej cywilizowanie od wszystkich, których tu do tej pory widzieliśmy. Ukłonili się głęboko i spojrzeli na Xyko z ogromnym zaskoczeniem, jakby nie wiedząc, na kogo patrzą.

  • Witamy w Nadziei, czym możemy służyć Obdarowanym?

  • Czy możemy porozmawiać?

  • Oczywiście, jak moglibyśmy odmówić Obdarowanym... Jeśli wolno spytać, której królowej służycie?

Zdębieliśmy, ale chcąc zyskać na czasie, zażądaliśmy, by zaprowadzono nas gdzieś, gdzie będą lepsze warunki do rozmowy. Mieszkańcy miasteczka chowali się na nasz widok, okna i drzwi się zatrzaskiwały, a wietrzniak wyczuł bijące od zarządcy obawę i nieufność... Gdy dotarliśmy do najbardziej reprezentacyjnej budowali, przydzielono nam skromnie urządzone pokoje i zapewniono, że dostaniemy wszystko, o co poprosimy. Xyko oświadczył, że chcemy porozmawiać nazajutrz po śniadaniu. Musieliśmy się zastanowić, jak postępować i co zrobić, żeby się czegokolwiek dowiedzieć.

Gdy tylko zostaliśmy sami, Vee na polecenie Shany obejrzała cały dom, ale niczego ciekawego nie zauważyła. Oprócz nas byli tam tylko zarządcy i służba. W pokoju służącym za gabinet leżały gliniane i woskowe tabliczki z zapiskami dotyczącymi funkcjonowania osady. Żadnych innych dokumentów, papierów, map, czy portretu władczyni - którejś z królowych, o których wspomniano na początku. I wciąż ani śladu magii.

Xyko poleciał do ruin wieży Nivette, ale nie potrafił określić powodu, dla którego się rozsypała. Musiało to jednak nastąpić dość dawno.

Następnego dnia po śniadaniu spotkaliśmy się z zarządcami. Teraz wietrzniak wyczuwał od nich głównie wyczekiwanie. Uprzedził, że zada im kilka pytań, które mogą wydać się dziwne, ale prosi o odpowiedź. Na początek zapytał, który mamy rok.

  • Czterdziesty piąty - zaciekawienie.

  • Kim są Obdarowani?

  • Obdarowani są Obdarowani, bo są obdarowani – pewność siebie zarządców wzrosła.

Dowiedzieliśmy się, że Obdarowani po prostu się pojawiają. Żadne większe statki nie przybijają do wyspy, zaś tubylcy nigdzie nie podróżują.

Xyko poprosił, by opowiedzieli, co wydarzyło się przed czterdziestu pięciu laty. Ponownie wyczuł od nich obawę, połączoną z niepewnością.

  • Świat się narodził.

  • To bardzo neutralna odpowiedź.

  • Wydaje mi się, że każdy Obdarowany to wie.

  • Co było wcześniej?

  • Nic wartego uwagi.

Męczyliśmy się tak jeszcze przez chwilę, ostatecznie jednak atmosfera uległa rozluźnieniu. Nasi rozmówcy domyślili się, że nie przybyliśmy od żadnej królowej i nie mamy o niczym pojęcia. Opowiedzieli nam więc tyle, ile sami wiedzieli.

Obdarowani to osoby posiadające moc daną im przez królową, wywodzą się spośród tych, którzy przeżyli Kataklizm. Przed Kataklizmem istniał „stary świat”, a według kalendarza throalskiego obecnie mielibyśmy rok 1564.

Zatem wciąż znajdowaliśmy się w przyszłości, choć Pożoga zdołała przenieść nas do innego wymiaru. Nadal nie wiedzieliśmy jednak, czy to nasz świat, czy kolejna równoległa rzeczywistość.

W każdym razie w tym świecie pewnego dnia zgasło słońce, ziemia się zatrzęsła, góry wybuchły, wyspy zapadły, runęły niektóre miasta. Po czym nagle nadeszła zima – pojawiły się potężne Wieże Lodu, które skąpały świat w wiecznym zimnie. Następnie przyszła choroba, która zabiła dziewięćdziesiąt procent Adeptów i wielu zwykłych Dawców Imion. Chorowali wszyscy, ale im bardziej magiczna była dana osoba, tym mniejsze miała szanse na przeżycie. Zmarli stali się upiorami – choć martwi, wciąż służą Królowej Lodu.

Niektórzy spośród ocalałych zostali Obdarowanymi. Nie są to Adepci, prawdziwych Adeptów prawie się już nie spotyka (jeśli nie służą królowej, to kryją się w podziemiach, gdzie moc zimy nie sięga). Obdarowani są ponoć niezwykle potężni, ale często dysponują tylko jedną mocą. Poruszają się dziwnymi kamiennymi statkami (piramidami). To jedyne latające statki w krainie zimy.

Nic więc dziwnego, że mieszkańcy wyspy zareagowali strachem na nasze przybycie. Wzięli nas za Obdarowanych, którzy pojawiają się u nich co najmniej raz w roku z misją od królowej - by zabrać daninę w dzieciach, które stają się jej sługami. Odmowa oznacza unicestwienie.

Zarządczyni powiedziała jednak, że nie wyczuwa od nas aury Pani Zimy. Od jej Obdarowanych bije nienaturalny chłód.

W opozycji do Królowej Lodu stoi Królowa Południa, ale nasi rozmówcy praktycznie nic o niej nie wiedzieli. Słyszeli o jej Obdarowanych, jednak żaden z nich nigdy nie pojawił się na wyspie.

Reszta ocalałych z epidemii stała się w jakiś sposób ułomna, doszło do ogromnego cywilizacyjnego kroku wstecz. Ponadto po Kataklizmie bogowie i smoki przestali odpowiadać na modlitwy i wezwania. Obecnie można się modlić jedynie do którejś z królowych, ale nasi rozmówcy nie potrafili powiedzieć, czy jest szansa na jakąkolwiek odpowiedź.

Na wyspie cieplejsza pora roku trwa teraz jedynie trzy miesiące, a im bliżej Barsawii, tym zimniej. Thera spoczęła na dnie morza. Throal się zawalił. Urupa jest pełnym upiorów miastem Pani Zimy. Niektóre inne miasta Barsawii przetrwały, ale służą królowej.

Funkcjonuje tylko handel wymienny, zniknęły przedmioty magiczne – prawdopodobnie zostały zniszczone, a nie było komu stworzyć nowych. Zacofanie tych ludzi w stosunku do znanego nam świata rzucało się w oczy, ale co gorsza, w ogóle nie byli zainteresowani zmianami i jakimkolwiek postępem. Gdy podsuwaliśmy im różne pomysły i proponowaliśmy, że możemy ich czegoś nauczyć, nie widzieli takiej potrzeby. Wystarczało im to co mają i to co wiedzą, nie chcieli się rozwijać.

Podobno choroba miała przetrwać wieki wszędzie tam, gdzie sięga zima. Co oznaczało, że jest zagrożeniem również dla nas...

Nagle bezpardonowo przerwano nam rozmowę, zarządcy znieruchomieli, a świat stał się czarno-biały. Obudziła się Pożoga. Potwierdziła nasze podejrzenia, że Królową Zimy jest Katia, siostra pana Svergssona. Zapewniła, że znajdujemy się w naszym świecie, jednak Ashigara zakłóciła jej rytuał i dlatego nie wróciliśmy do właściwego czasu. Pożodze było to obojętne, zresztą w obecnym stanie - czuć było, że jest bardzo słaba - nie mogła nic zrobić. Musielibyśmy znaleźć bezpańskie źródło energii, z którego mogłaby skorzystać, żeby się zregenerować, a szanse na to były znikome.

CDN

(sesja 16-07-2016)

Pozdrawiam, Owca

 






 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67