barsawia okiem owcy
wtorek, 18 kwietnia 2017

Tak właśnie! Po dłuuugiej nieobecności związanej z licznymi a niebezpiecznymi i fascynującymi wyprawami (a tak naprawdę brakiem czasu na pisaninę i niewielką ilością rozgrywanych sesji - ale to drugie to już nie moja wina!), pojawiam się z nowymi rozdziałami kronik naszej dzielnej drużyny. Mam nadzieję, że uda mi się powrócić do w miarę regularnego pisania i publikowania, naprawdę mi tego brakowało...

A zatem:

Chwilę po naszym lądowaniu w kraterze śnieg przestał padać. Powoli doszliśmy do siebie, jedynie Isabella i wyczerpana Ive nie odzyskiwały przytomności. Xyko wyleciał z krateru i stwierdził, że cała dolina zajmująca większość wyspy została jakiś czas temu zalana ogromną ilością lawy, którą obecnie przykrywała gruba warstwa białego puchu. Otaczające dolinę góry zasłaniały widok, ale wietrzniak dostrzegł na powierzchni morza wiele białych plam - prawdopodobnie lód.

Bez wątpienia znajdowaliśmy się na Archipelagu Czarnego Popiołu, na wulkanicznej, niegdyś potwornie gorącej wyspie. Zmiany, które tu zaszły, były bardzo niepokojące. Jedynie Kulka była w swoim żywiole. Była teraz na tyle silna, że w dwóch skokach przeniosła nas wszystkich z krateru na platformę fortecy Far'faren Silvi. Warstwa zastygłej lawy i śniegu dochodziła niemal do jej powierzchni, a przecież to miejsce znajdowało się kilkadziesiąt metrów nad dnem doliny! Sama forteca była zrujnowana bardziej, niż podczas naszej pierwszej bytności w tym miejscu, ale przynajmniej oferowała schronienie przed przeraźliwym zimnem panującym na zewnątrz.

Nie mieliśmy pewności, czy Pożoga przeniosła nas do naszego świata. Chcąc się o tym przekonać, Xyko próbował skontaktować się z naszą znajomą demonicą Arią za pomocą służącej do tego karty. Jednak zamiast Arii pojawił się obraz miniaturowej demonicy, która oznajmiła, że właściciel karty jest w tej chwili niedostępny bądź nie żyje, zaś wietrzniak nie posiada wymaganych uprawnień. W związku z tym bardzo jej przykro, ale musi zdezaktywować kartę.

Wyglądało na to, że utknęliśmy na tym odludziu kompletnie odcięci od świata. Wcześniej Pożoga zapewniała, że bez problemu wydostanie nas z wyspy, ale nikt nie przewidział, że utraci wszystkie siły, a wulkan wygaśnie i nie będzie mógł jej zapewnić energii. Nie mogliśmy też skorzystać ze znajdującego się w fortecy portalu. Mieszcząca go komnata była częściowo zawalona, a przede wszystkim nie mieliśmy klucza, który pozwoliłby go użyć.

Następnego dnia Isabella i Ive odzyskały przytomność. Dziewczyna była słaba, ale czuła się dobrze. W Ive nie odzywał się nawet ślad Pożogi, w dodatku twierdziła, że nie pamięta niczego od momentu swojej ucieczki z Travaru.

Pod naciskiem Shany opuściliśmy twierdzę i Kulka przeniosła nas do wyjścia z doliny. Na brzegu ujrzeliśmy dużą kolonię nieznanych nam zwierząt o krótkich kończynach przypominających płetwy, lśniącej gładkiej sierści i wielkich oczach. Niektóre z nich pływały w lodowatej wodzie i łowiły ryby. Ominęliśmy je z daleka, uważnie przez nie obserwowani i skierowaliśmy się w stronę wypatrzonego przez Ive schronienia.

Było to coś w rodzaju prowizorycznej chatki o dachu porośniętym mchem i porostami. Obok leżał kawał drewna przypominający fragment prymitywnego czółna. Skoro ktoś przypływał tu czółnem, nie mogło być stąd daleko do siedzib Dawców Imion. Wprawdzie płynąc niegdyś na Wyspy Popiołu od strony Urupy i Wyspy Syrenich Nut nie widzieliśmy w pobliżu żadnego zamieszkałego miejsca, ani nawet kawałka lądu zdatnego do zamieszkania, ale to mogło ulec zmianie.

Ive zamieniła się w sokoła i postanowiła rozejrzeć się po okolicy. Odkryła trzy spore wyspy, ale nie dostrzegła żadnych szczegółów. Xyko wzbiwszy się tak wysoko, jak dał radę, potwierdził jej obserwacje. Tych wysp z całą pewnością dawniej nie było, podobnie jak brył lodu obficie pokrywających powierzchnię morza. Wietrzniak zagadnął jakiegoś ptaka i od niego dowiedział się, że „dwunogi” mieszkają na wszystkich większych wyspach, unoszą się też na wodzie, a są tu odkąd on żyje.

Xyko wysnuł z tego wniosek, że nie trafiliśmy do naszego świata. Tak duże wyspy nie mogły się tak szybko pojawić i w dodatku zostać zamieszkane.

Razem z Ive polecieli na największą z zauważonych wysp. Była skalista, pozbawiona drzew, porośnięta tylko przez porosty i odrobinę krzewów, wśród których pasło się stadko kóz. Blisko brzegu na wodzie unosiło się kilka łodzi, z których ludzie łowili ryby przy pomocy ościeni. Wokół małej zatoczki stały kamienne domki, w kilku skalistych wzgórzach ciemniały otwory jaskiń. Osada nie miała palisady ani strażników.

Pojawienie się Xyko i Ive wywołało popłoch i sensację. Tubylcy nie wiedzieli, czy mają uciekać, walczyć, czy odganiać przerażające demony, które ich nawiedziły. Ich język okazał się bardzo prymitywny, podobnie jak stroje, broń, czy wszelkie narzędzia. Nie było wśród nich żadnego Adepta ani nic zawierającego choćby śladową ilość magii.

Po dłuższym czasie wietrzniakowi udało się porozmawiać z wodzem i dowiedział się, że tubylcy nie znają innych ludów. Ze słów wodza wynikało jednak, że na wyspie, którą Xyko zidentyfikował jako Wyspę Syrenich Nut, istnieje duża osada, a jej mieszkańcy są bardziej zaawansowani technologicznie. Wietrzniakowi udało się przekonać wodza, żeby jego ludzie nas tam zawieźli.

Kilka dni później dotarliśmy na miejsce. Na skałach otaczających wyspę nie wylegiwały się, jak dawniej syreny, nie skrywała jej również zasłona gęstej mgły. Wokół pływały łodzie porządniejsze od prymitywnych czółen, którymi przypłynęliśmy, a przy wejściu do prowadzącego w głąb wyspy tunelu cumowała nawet niewielka barka. Nie zatrzymywano nas, ale załoga statku gapiła się na nas z otwartymi ustami i usłyszeliśmy sygnał alarmowy.

Wnętrze wyspy obecnie było porośnięte nie dżunglą, a mieszanym lasem. Nad wodą rozłożyło się małe miasteczko, o domkach zbudowanych głównie z sitowia i drewna. Jedynie kilka postawiono z kamienia, prawdopodobnie pochodzącego ze zrujnowanej wieży Nivette, której smętne resztki od razu rzuciły nam się w oczy. Rozglądaliśmy się z ciekawością i niepokojem, ale wciąż nie zauważyliśmy żadnego Adepta i ani śladu jakiejkolwiek magii.

Na nabrzeżu powitali nas kobieta i mężczyzna, wyglądający o wiele bardziej cywilizowanie od wszystkich, których tu do tej pory widzieliśmy. Ukłonili się głęboko i spojrzeli na Xyko z ogromnym zaskoczeniem, jakby nie wiedząc, na kogo patrzą.

  • Witamy w Nadziei, czym możemy służyć Obdarowanym?

  • Czy możemy porozmawiać?

  • Oczywiście, jak moglibyśmy odmówić Obdarowanym... Jeśli wolno spytać, której królowej służycie?

Zdębieliśmy, ale chcąc zyskać na czasie, zażądaliśmy, by zaprowadzono nas gdzieś, gdzie będą lepsze warunki do rozmowy. Mieszkańcy miasteczka chowali się na nasz widok, okna i drzwi się zatrzaskiwały, a wietrzniak wyczuł bijące od zarządcy obawę i nieufność... Gdy dotarliśmy do najbardziej reprezentacyjnej budowali, przydzielono nam skromnie urządzone pokoje i zapewniono, że dostaniemy wszystko, o co poprosimy. Xyko oświadczył, że chcemy porozmawiać nazajutrz po śniadaniu. Musieliśmy się zastanowić, jak postępować i co zrobić, żeby się czegokolwiek dowiedzieć.

Gdy tylko zostaliśmy sami, Vee na polecenie Shany obejrzała cały dom, ale niczego ciekawego nie zauważyła. Oprócz nas byli tam tylko zarządcy i służba. W pokoju służącym za gabinet leżały gliniane i woskowe tabliczki z zapiskami dotyczącymi funkcjonowania osady. Żadnych innych dokumentów, papierów, map, czy portretu władczyni - którejś z królowych, o których wspomniano na początku. I wciąż ani śladu magii.

Xyko poleciał do ruin wieży Nivette, ale nie potrafił określić powodu, dla którego się rozsypała. Musiało to jednak nastąpić dość dawno.

Następnego dnia po śniadaniu spotkaliśmy się z zarządcami. Teraz wietrzniak wyczuwał od nich głównie wyczekiwanie. Uprzedził, że zada im kilka pytań, które mogą wydać się dziwne, ale prosi o odpowiedź. Na początek zapytał, który mamy rok.

  • Czterdziesty piąty - zaciekawienie.

  • Kim są Obdarowani?

  • Obdarowani są Obdarowani, bo są obdarowani – pewność siebie zarządców wzrosła.

Dowiedzieliśmy się, że Obdarowani po prostu się pojawiają. Żadne większe statki nie przybijają do wyspy, zaś tubylcy nigdzie nie podróżują.

Xyko poprosił, by opowiedzieli, co wydarzyło się przed czterdziestu pięciu laty. Ponownie wyczuł od nich obawę, połączoną z niepewnością.

  • Świat się narodził.

  • To bardzo neutralna odpowiedź.

  • Wydaje mi się, że każdy Obdarowany to wie.

  • Co było wcześniej?

  • Nic wartego uwagi.

Męczyliśmy się tak jeszcze przez chwilę, ostatecznie jednak atmosfera uległa rozluźnieniu. Nasi rozmówcy domyślili się, że nie przybyliśmy od żadnej królowej i nie mamy o niczym pojęcia. Opowiedzieli nam więc tyle, ile sami wiedzieli.

Obdarowani to osoby posiadające moc daną im przez królową, wywodzą się spośród tych, którzy przeżyli Kataklizm. Przed Kataklizmem istniał „stary świat”, a według kalendarza throalskiego obecnie mielibyśmy rok 1564.

Zatem wciąż znajdowaliśmy się w przyszłości, choć Pożoga zdołała przenieść nas do innego wymiaru. Nadal nie wiedzieliśmy jednak, czy to nasz świat, czy kolejna równoległa rzeczywistość.

W każdym razie w tym świecie pewnego dnia zgasło słońce, ziemia się zatrzęsła, góry wybuchły, wyspy zapadły, runęły niektóre miasta. Po czym nagle nadeszła zima – pojawiły się potężne Wieże Lodu, które skąpały świat w wiecznym zimnie. Następnie przyszła choroba, która zabiła dziewięćdziesiąt procent Adeptów i wielu zwykłych Dawców Imion. Chorowali wszyscy, ale im bardziej magiczna była dana osoba, tym mniejsze miała szanse na przeżycie. Zmarli stali się upiorami – choć martwi, wciąż służą Królowej Lodu.

Niektórzy spośród ocalałych zostali Obdarowanymi. Nie są to Adepci, prawdziwych Adeptów prawie się już nie spotyka (jeśli nie służą królowej, to kryją się w podziemiach, gdzie moc zimy nie sięga). Obdarowani są ponoć niezwykle potężni, ale często dysponują tylko jedną mocą. Poruszają się dziwnymi kamiennymi statkami (piramidami). To jedyne latające statki w krainie zimy.

Nic więc dziwnego, że mieszkańcy wyspy zareagowali strachem na nasze przybycie. Wzięli nas za Obdarowanych, którzy pojawiają się u nich co najmniej raz w roku z misją od królowej - by zabrać daninę w dzieciach, które stają się jej sługami. Odmowa oznacza unicestwienie.

Zarządczyni powiedziała jednak, że nie wyczuwa od nas aury Pani Zimy. Od jej Obdarowanych bije nienaturalny chłód.

W opozycji do Królowej Lodu stoi Królowa Południa, ale nasi rozmówcy praktycznie nic o niej nie wiedzieli. Słyszeli o jej Obdarowanych, jednak żaden z nich nigdy nie pojawił się na wyspie.

Reszta ocalałych z epidemii stała się w jakiś sposób ułomna, doszło do ogromnego cywilizacyjnego kroku wstecz. Ponadto po Kataklizmie bogowie i smoki przestali odpowiadać na modlitwy i wezwania. Obecnie można się modlić jedynie do którejś z królowych, ale nasi rozmówcy nie potrafili powiedzieć, czy jest szansa na jakąkolwiek odpowiedź.

Na wyspie cieplejsza pora roku trwa teraz jedynie trzy miesiące, a im bliżej Barsawii, tym zimniej. Thera spoczęła na dnie morza. Throal się zawalił. Urupa jest pełnym upiorów miastem Pani Zimy. Niektóre inne miasta Barsawii przetrwały, ale służą królowej.

Funkcjonuje tylko handel wymienny, zniknęły przedmioty magiczne – prawdopodobnie zostały zniszczone, a nie było komu stworzyć nowych. Zacofanie tych ludzi w stosunku do znanego nam świata rzucało się w oczy, ale co gorsza, w ogóle nie byli zainteresowani zmianami i jakimkolwiek postępem. Gdy podsuwaliśmy im różne pomysły i proponowaliśmy, że możemy ich czegoś nauczyć, nie widzieli takiej potrzeby. Wystarczało im to co mają i to co wiedzą, nie chcieli się rozwijać.

Podobno choroba miała przetrwać wieki wszędzie tam, gdzie sięga zima. Co oznaczało, że jest zagrożeniem również dla nas...

Nagle bezpardonowo przerwano nam rozmowę, zarządcy znieruchomieli, a świat stał się czarno-biały. Obudziła się Pożoga. Potwierdziła nasze podejrzenia, że Królową Zimy jest Katia, siostra pana Svergssona. Zapewniła, że znajdujemy się w naszym świecie, jednak Ashigara zakłóciła jej rytuał i dlatego nie wróciliśmy do właściwego czasu. Pożodze było to obojętne, zresztą w obecnym stanie - czuć było, że jest bardzo słaba - nie mogła nic zrobić. Musielibyśmy znaleźć bezpańskie źródło energii, z którego mogłaby skorzystać, żeby się zregenerować, a szanse na to były znikome.

CDN

(sesja 16-07-2016)

Pozdrawiam, Owca

 






sobota, 06 sierpnia 2016

Pożegnawszy się z Geraldem Vordosti, wsiedliśmy do wynajętego powozu i ruszyliśmy w stronę naszej karczmy. Nagle świat zrobił się czarno-biały i Xyko zniknął. Jego towarzysze natychmiast spojrzeli w astral i Orian stwierdził, że prawdopodobnie użyto zmodyfikowanej wersji ksenomanckiej Bramy, zaprzęgając do tego nadnaturalną moc klasy boskiej. Poczuł przy tym, że jego moneta Nivette wibruje.

Tymczasem wietrzniak znalazł się w jakimś pokoju w towarzystwie nieznajomego elfa o spojrzeniu węża. Wokół krzesła, na którym siedział Xyko, wciąż widoczna była figura magiczna, a obok stała uzbrojona kobieta o kamiennej twarzy.

Gospodarz przywitał się uprzejmie i przedstawił jako Hauser. Wyjaśnił, że chciałby ubić z nami interes – przy pierwszym spotkaniu zawsze rozmawia i unika rozlewu krwi. Pragnie odzyskać monety Nivette i jest skłonny zaoferować 5 tys. sztuk złota za każdą.

Xyko odmówił. Elf, wciąż nienagannie uprzejmy, pożegnał się i odesłał go z powrotem do powozu.

Po powrocie do karczmy Shana zaproponowała omówienie ignorowanej dotychczas przez wszystkich propozycji Pożogi i powrotu do naszego świata. Dyskusja trwała dość długo.

Mówiąc w skrócie, Orian nie zamierzał zmieniać planów. Chciał odszukać Virgo, następnie Nivette (i zwrócić jej monety, bez względu na to, czy ex bogini by tego chciała), a nawet zaginione Gwiazdy, zgodnie z tym, co sugerowały mu obrazy Karelli Tavale i wizja z wiszących ogrodów Vivane.

Shana, chociaż bardzo chciałaby pomóc Virgo, uznała, że zajmie to zbyt wiele czasu, gdy tymczasem w naszym świecie na pomoc czekają jej siostra Ilys (wszyscy obiecaliśmy Fenri, że spróbujemy ją uratować!) oraz ukochany pan Svergsson. Do tego Delli już od ponad roku nie widziała matki, a to tylko najpilniejsze ze spraw. I przecież zignorowanie Pożogi to jednocześnie zignorowanie naszej towarzyszki Ive. Tak więc Shana mogła porzucić albo Virgo, albo pozostałe bliskie jej osoby...

Wojowniczka przypomniała również, że w tej rzeczywistości jesteśmy obcy i nie powinniśmy się mieszać w tutejsze sprawy, zaś sama nasza obecność może wiele zmienić. No i zgodnie ze słowami Pożogi większość bram już została zamknięta, a wkrótce to samo stanie się z pozostałymi i w ogóle nie będziemy mogli wrócić.

Wietrzniakowi było w zasadzie wszystko jedno, czy wrócimy, czy zostaniemy.

Poszliśmy spać, dając sobie czas do rana na podjęcie ostatecznej decyzji - jeżeli chcieliśmy skorzystać z propozycji Pożogi, musieliśmy działać szybko. Obliczyliśmy, że przy odrobinie szczęścia powinniśmy zdążyć na Wyspy Popiołu w wyznaczonym terminie, ale każdy dzień zwłoki zmniejszał nasze szanse.

Decyzja brzmiała: wracamy. Oczywiście nikt z nas ani trochę nie ufał Pożodze, lecz postanowiliśmy zaryzykować.

Poinformowaliśmy pana Vordosti o zmianie planów i jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do Vrontok, gdzie dowiedzieliśmy się, że najbliższy statek do Travaru odlatuje pojutrze. Tam okazało się, że na transport do Urupy również będziemy czekać tylko jeden dzień. Póki co szczęście nam sprzyjało.

Musieliśmy jeszcze postanowić, co zrobimy z Leo, Isabellą i Sahanem. Demonka odesłaliśmy do Szkarłatnej Wiedźmy. Pozostałej dwójce Xyko pozwolił zdecydować i obydwoje uparli się, by pójść z nim, nawet jeśli w obcym wymiarze ich Wzorce rozpadną się i czeka ich śmierć.

To kwestia przeznaczenia – skwitowała Isabella.

Nie mogliśmy zagwarantować, że zdołamy ich ochronić, ale dziewczyna powiedziała, że wolą pójść z Xyko, niż zostać tutaj.

To rozpętało nową dyskusję, gdyż Shana nie chciała się zgodzić na zabranie obcych do naszego świata. Tak samo jak my stanowimy zagrożenie dla tej rzeczywistości, tak oni mogli zaburzyć naszą. Ostatecznie stanęło jednak na tym, że pójdą, o ile Pożoga zechce ich zabrać.

Krótki pobyt w Travarze oraz lot do Urupy upłynęły bez problemów. Wiedzieliśmy, że zawdzięczamy to Navi, córce Gubernator, która zadbała o unieszkodliwienie czyhających na nas wysłanników Nivette.

Samej bogini nie było w Urupie, mimo wszystko w mieście znajdującym się pod jej kontrolą nie czuliśmy się zbyt pewnie. Prosto ze statku powietrznego poszliśmy do portu morskiego, by znaleźć transport na Wyspy Popiołu. Po drodze mieliśmy wrażenie, że każdy nam się przygląda, tym bardziej, że wiele osób nosiło symbole Nivette.

Szczęście nas jednak nie opuszczało. W porcie szybko dostrzegliśmy Białą Mewę, którą poprzednio dotarliśmy na Wyspy Popiołu i którą niedawno popłynęła Ive. Statek dopiero tego dnia przybił do portu i załoga miała przed sobą wizję dłuższego odpoczynku, ale za cenę o 25% wyższą od standardowej kapitan zgodził się wypłynąć nazajutrz rano.

W nocy kiepsko spaliśmy, bojąc się, że stronnicy Nivette wpadli na nasz trop. Jeszcze gorzej miała się Isabella. Xyko zauważył, że już od dnia jego spotkania z Hauserem dziewczyna spała bardzo niespokojnie, tym gorzej, im bliżej Urupy się znajdowaliśmy. A dzisiejszej nocy na jej ciele wykwitły magiczne symbole jarzące się czerwienią, blokowane przez znajdujące się na wierzchu czarne znaki (zapewne klątwę, do której Isabella niedawno się przyznała, aczkolwiek nie zdradziła niczego na jej temat). Czerwona magia próbowała się wyrwać, a widoczne w astralu czerwone linie mocy rozchodziły się po całym pomieszczeniu, sięgając do pokojów Shany i Oriana. Wietrzniakowi wydawało się, że to jakiegoś rodzaju magia ochronna będąca naturalną, wrodzoną mocą Isabelli. Że tworzy wokół nas sferę zakłócającą odbiór i nie pozwalającą nas odnaleźć.

Xyko skorzystał z łączącej go z dziewczyną Empatii i wyczuł jej niepokój, obawę, ale i zdecydowanie. Poczuł też, że jest z nim w jakiś sposób związana.

Następnego dnia, gdy tylko załoga przygotowała statek do rejsu, wypłynęliśmy z portu, przez nikogo nie zatrzymywani i nie ścigani. Wiatry niezbyt nam sprzyjały i podróż zajęła więcej czasu niż ostatnio, ale i tak dotarliśmy na Wyspy Popiołu z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Główna wyspa wyglądała inaczej niż poprzednio, dolina stanowiąca większość wyspy została zalana lawą, a duża część elfiej fortecy uległa zniszczeniu. Było bardzo gorąco, czuliśmy też dziwne miarowe wibrowanie.

Gdy ruszyliśmy w kierunku wulkanu, pojawiła się przed nami Pożoga. Spod pokrywającej ją ciemnej skorupy przebijał ogień, a ciągnące się od niej łańcuchy wnikały w ziemię. Potrzebowała jeszcze pięciu dni na dokończenie bramy i poleciła nam zaczekać tutaj lub w ruinach fortecy - bliżej wulkanu moc by nas zniszczyła.

Zamierzała przenieść nas na Wyspy Popiołu w naszym świecie. Jest to miejsce, które zna i jest tam wulkan, zatem będzie miała dostęp do mocy. Wydostanie się z wyspy to według niej nie problem.

Ostrzegła, że Nivette nas szuka i chce nas zmiażdżyć. Będzie ciężko. Ale ona, Pożoga, jest silna, a Isabella również pomoże.

Dziewczyna jednak słabła z każdym dniem. Podczas rejsu eliksiry trochę jej pomagały, ale gdy znaleźliśmy się na wyspie, nic już nie działało. Teraz gołym okiem, bez patrzenia w astral, widać było czarną sieć przykrywającą czerwone symbole, których magia mimo to wypływała z Isabelli i wnikała w ziemię.

Piątego dnia po południu Isabella zemdlała, zaś koło nas ponownie pojawiła się Pożoga. Powiedziała, że musimy się spieszyć – Nivette jest wprost nad nami i to nie sama. Czekają jeszcze tylko na Ashigarę, która rozbije ochronną kopułę, którą Pożoga otoczyła wyspę.

Shana, Orian, Isabella i Sahan zostali owinięci łańcuchami, ciepłymi i wibrującymi mocą. Xyko leciał o własnych siłach. Szkliwo pozostałe po wybuchu wulkanu rozstąpiło się przed nami i zaczęliśmy schodzić w głąb ziemi.

W pewnym momencie poczuliśmy ogłuszające uderzenie fali mocy, niektórzy potracili przytomność. Pożoga jakby ugięła się pod ciężarem, ale tylko przyspieszyła.

W końcu dotarliśmy do centrum wulkanu. Było gorąco, ale mogliśmy normalnie oddychać. Moc skupiała się w figurze magicznej, zaś daleko w górze widzieliśmy szykującą się do ataku Ashigarę. Pożoga tupnęła, wokół nas podniosły się ściany płomieni, a z góry dobiegł jakiś trzask. Zapadliśmy się w morze ognia, które choć gorące, nie parzyło nas.

Spadaliśmy z ogromną prędkością, trudno powiedzieć, jak długo to trwało, ale nagle wylądowaliśmy.

Było zimno, a z szarego burzowego nieba sypał śnieg. Przez dłuższą chwilę dochodziliśmy do siebie, jednocześnie próbując rozeznać się w sytuacji. Znajdowaliśmy się we wnętrzu ogromnego krateru, wokół nas rozciągał się wytopiony w śniegu okrąg, pod sobą mieliśmy twardy bazalt.

Młodzi byli nieprzytomni, Kulka radośnie biegała po śniegu, zaś Ive – na pierwszy rzut oka zwykły pluszak – leżała nieruchomo z wyciągniętymi w górę kopytkami.

Ale na szczęście byliśmy w komplecie...

CDN

27 Gahmila - 1564 r. w świecie gry

(sesja 16-07-2016)

Pozdrawiam, Owca






środa, 20 lipca 2016

Nie da się ukryć, iż wiele wody upłynęło już w Wężowej Rzece, odkąd po raz ostatni zdarzyło nam się gościć na jakimkolwiek konwencie.

Poproszono mnie jednak, bym pomogła szerzyć się legendzie Twierdzy... Co też czynię z niekłamaną przyjemnością. Na podstawie wieści, które docierały do mnie w ubiegłym roku, wyrobiłam sobie na jej temat pozytywne zdanie, a że samo miejsce jest niezwykle klimatyczne i tchnie historią, wiem z własnego doświadczenia, bom owe tereny giżyckich umocnień nie raz już odwiedzała przy różnych okazjach.

Spójrzmy zatem, co mają do powiedzenia sami gospodarze:

 

Twierdza 9-11 września 2016

Twierdza jest interdyscyplinarnym festiwalem poświęconym kulturze inspirowanej fantastyką w szerokim rozumieniu tego słowa. Jego druga edycja odbędzie się ponownie na terenie zabytkowej Twierdzy Boyen w Giżycku w terminie 9-11 września 2016 roku.

Jest to impreza, w trakcie której odbędzie się wiele wydarzeń związanych z szeroko pojętą fantastyką i kulturą alternatywną, a wśród nich:


·        RPG, LARP i gry terenowe;

·        prelekcje, wykłady i panele dyskusyjne podzielone na powiązane z fantastyką bloki tematyczne;

·        warsztaty, pokazy;

·        projekcje filmów, wystawy fotografii;

·        różnego rodzaju gry: planszowe, karciane, bitewne,

·        stoiska handlowe, wioski fanowskie

·        turnieje gier planszowych, konkursy dla graczy,

·        konkurs na najlepszy strój wykonany własnoręcznie

·        konkurs cosplay

·        koncert zespołów „Łysa Góra” i „Percival”

 

Twierdza

 

Celem TWIERDZY jest tworzenie nowoczesnej imprezy, stojącej na wysokim poziomie, poświęconej szeroko pojętej fantastyce.


Linki do naszych stron:

facebook

www

youtube

 

Zapraszamy!

 

 


piątek, 15 lipca 2016

Dwa dni po tym, jak Taslan pokazał mu obrazy, Xyko ponownie pojawił się w prowadzonym przez niego lokalu Perła Południa, tym razem w towarzystwie Shany, która chciała je zobaczyć na własne oczy. Elf uprzedził, że malowidło przedstawiające Pożogę wygląda obecnie inaczej - ponieważ obrazy przedstawiają tylko jedną, najbardziej prawdopodobną w danym momencie wersję przyszłości, potrafią się zmieniać nawet kilkakrotnie w ciągu dnia. Jednak ten do tej pory nigdy nie ulegał zmianom.

W pokoju było ciepło, znacznie cieplej, niż poprzednio, było to jednak wrażenie odczuwalne tylko przez nas. Gdy Taslan odsłonił obraz, Shana i Xyko poczuli, jak gorąco wysusza im skórę. Pożoga emanowała potworną mocą, jednak teraz nie trzymała Wojowników na łańcuchach niczym niewolników, a jedynie podtrzymywała ich nieprzytomnych nad ziemią, zaś łańcuchy owijały się wokół nich, zamiast wnikać w ich ciała. Wietrzniak unosił się obok, ale nie otaczała go mroczna aura, a jego miecz nie był odnowiony.

Obraz wydawał się bardziej rzeczywisty, niż poprzednio, a sądząc po widocznym na nim naszym ekwipunku (identycznym, jak obecnie), przedstawiona na płótnie sytuacja miała się wydarzyć w niedalekiej przyszłości. W dodatku Shana i Xyko mieli wrażenie, że Pożoga wyciąga do nich dłoń i jeśli tylko zechcą, mogą ją chwycić.

Taslan był zachwycony emocjami bijącymi z obrazu. Twierdził, że wyczuwa czystość, chęć poznania, moc. Ale i smutek, jakby Pożoga była na swój sposób nieszczęśliwa.

Pozostałe dzieła nie uległy żadnym zmianom, natomiast w korytarzu Xyko zauważył świetlistą, jakby stworzoną ze słonecznego blasku, skrzydlatą kobietę wielkości wietrzniaka. Jej śliczną twarzyczkę wykrzywiał nieprzyjemny wyraz. Przywołała Xyko skinieniem dłoni i zaprowadziła nas do kolejnego obrazu.

Z płótna wylewała się ciemność podziemi. Zobaczyliśmy pieczarę, stopniowo rozświetlaną zapalającymi się kryształami, w miarę jak ktoś – być może my sami – wchodził do środka. W kamiennej ścianie jaskini znajdowały się niewidoczne drzwi, ozdobione siedmioma imionami Gwiazd otaczającymi symbol Pani Słońca. Po chwili z cienia wyszła Nagato, która jako jedyna zauważyła nas, gdy przy pomocy Studni Mrocznych Dróg i odłamka Ashigary, próbowaliśmy zlokalizować wszystkie Gwiazdy.

Muszą być cztery, by otworzyć drzwi. Co najmniej cztery.

Obraz znieruchomiał. Istota, która nas tam przyprowadziła, widoczna tylko dla Xyko, siedziała teraz na ramie i przyglądała nam się, machając nóżkami. Wietrzniak pokazał jej język i zniknęła rozdrażniona, jednak wciąż miał wrażenie jakiejś ulotnej obecności.

Taslan wyjaśnił, że to płótno również wyszło spod pędzla jego mistrzyni, a widząc nasze zainteresowanie, pokazał nam jeszcze kilka obrazów. Nie miały z nami nic wspólnego, nie rozpoznaliśmy również miejsc i osób na nich przedstawionych, ale rzadko ukazywały jakąś miłą wersję przyszłości.

Korzystając z nadmiaru wolnego czasu, który dzielił nas jeszcze od balu u Geralda Vordosti, Xyko szukał informacji o taleańskich Wiedźmach - podejrzewał, że Isabella jest jedną z nich. Nie było to łatwe, ale dowiedział się, że to tajna organizacja wyszkolonych w różnorodnych sztukach skrytobójczyń, a temat jest niebezpieczny.

Oprócz tego Orian musiał przepisać niewolników na wietrzniaka, ponieważ nie będąc obywatelem Imperium, nie miał prawa ich kupić.

Minęły dwa dni od naszej wizyty u Taslana, nazajutrz mieliśmy wyruszyć do Vivane na bal u Geralda Vordosti. Spożywaliśmy właśnie kolację w głównej sali gospody, gdy nagle poczuliśmy się bardzo dziwnie. Zrobiło się zimno, potem gorąco i świat stał się czarno-biały. Wszyscy wokół zamarli, a z kominka wysunął się jęzor płomieni, który popłynął w naszą stronę i przybrał kształt Pożogi. Jej ciało wydawało się materialne, lecz zdawało się płonąć, a za nią ciągnęły się łańcuchy.

Powiedziała, że jeśli chcemy, możemy wrócić z nią do domu - robi to, gdyż Ive ją o to prosiła. Za czterdzieści dni portal będzie gotowy, jednak może go otworzyć tylko na chwilę i nie będzie na nas czekać. Ten świat staje się coraz bardziej niebezpieczny. Większość przejść została już zamknięta, a wkrótce to samo spotka pozostałe.

Ogień wycofał się do kominka i wszystko wróciło do normy. Pozostali goście gospody otrząsali się, jakby przeszedł ich dreszcz.

Rzadko się to zdarza, ale zbyliśmy całkowitym milczeniem propozycję Pożogi. Następnego dnia wynajęliśmy konie i pojechaliśmy do Vivane, gdzie zatrzymaliśmy się w poleconej przez Taslana gospodzie prowadzonej przez elfich artystów.

Resztę dnia spędziliśmy na zakupach i zwiedzaniu miasta. Wojowniczka zapaliła się do wizyty w jednym z najbardziej znanych cudów Vivane - wiszących ogrodach, w których ponoć nie tylko można się wyjątkowo zrelaksować, ale i dostąpić wizji przyszłości. Niestety wpuszczani są tam wyłącznie obywatele, zaś zgodnie z naszymi dokumentami Shana i Orian mają w Imperium status barbarzyńców towarzyszących Xyko.

Nazajutrz, po stosownych przygotowaniach, zajechaliśmy wynajętym powozem pod rezydencję Geralda Vordosti. Brama była szeroko otwarta, ale należało wysiąść tuż przy niej i dalej udać się na piechotę. Ruszyliśmy żwirową drogą przez pusty park i po kilkunastu krokach odczuliśmy przejście. Nagle znaleźliśmy się w bajkowej dżungli, w której między rzadko rosnącymi drzewami przemykały driady i duszki. Dźwięki muzyki powiodły nas do rozległej polany. Rosło na niej gigantyczne ukwiecone drzewo, zaopatrzone w platformy i otwór wejściowy prowadzący do różnych pomieszczeń przeznaczonych dla gości, w tym zastawionych stołami pełnymi przekąsek.

Polana powoli zapełniała się uczestnikami balu, którzy w większości wyglądali kolorowo, egzotycznie i krzykliwie, rywalizując dziwacznością i kosztownością swych kreacji. Między nimi uwijali się rogaci służący o elfich rysach twarzy i chwościastych ogonach.

Xyko sądził, że znaleźliśmy się w jakiejś krainie astralnej, silnie związanej z żywiołem Drewna.

W pewnym momencie wśród gości rozległ się szmer obwieszczający przybycie Taslana, który wraz z Roxy podszedł do nas, ściągając na nas uwagę tłumu. Towarzyszyli nam aż do pojawienia się gospodarza, który oficjalnie rozpoczął bal i powitał przybyłych, wyróżniając tych zaproszonych po raz pierwszy - między innymi Xyko. Zapowiedział również zorganizowaną dla gości grę w szukanie skarbu, zrozumieliśmy jednak, że nie powinniśmy brać w niej udziału, gdyż konkurując z Adeptami zwykli Dawcy Imion nie mieliby szans na zwycięstwo.

Impreza toczyła się zwyczajnym dla takich wydarzeń torem. Po jakimś czasie gospodarz zaszczycił nas swoim towarzystwem, chcąc nas lepiej poznać i poruszyć temat planowanej przez nas podróży na zachód. Niestety sami nie wiemy dokładnie, dokąd musimy się udać, by odnaleźć Virgo, ale piraci pływający pod banderą czarnej owcy są dość charakterystyczni i Vordosti obiecał, że postara się czegoś o nich dowiedzieć. Stwierdził, że skoro wspiera nas sama Imperatorowa, przynajmniej tyle może dla nas zrobić, ale miejsca na statku jeszcze nam nie zagwarantuje.

Następnego wieczoru Shana i Xyko wybrali się do wiszących ogrodów - wietrzniakowi jednak udało się zorganizować wejście dla barbarzyńców. Wspięli się na czterdziestometrową piramidę i, pozornie idąc w powietrzu, ruszyli do zarezerwowanej dla nich altany. Wojowniczka przez całą noc śniła sielankowe wizje o wspólnej przyszłości z panem Svergssonem, w związku z czym obudziła się promieniejąc szczęściem.

Xyko miał tylko jeden konkretny sen. On i Wojownicy, gdzieś na drodze, w zapadającym zmierzchu. Z naprzeciwka zbliżał się do nas jakiś człowiek w płaszczu z kapturem skrywającym twarz.

Spotykamy się po raz drugi. Tym razem nie będę się powstrzymywać. Oddajcie monety...

Wietrzniak go nie rozpoznał, nieznajomy nie miał również żadnych charakterystycznych cech, ale czuć było, że jest potężny.

Kolejnego wieczoru do wiszących ogrodów udał się Orian. Przyśniła mu się pieczara z niewidocznymi drzwiami opatrzonymi symbolami siedmiu Gwiazd i Pani Słońca, identyczna jak na obrazie Karelli Tavale. Nagato tym razem zwróciła się wprost do Oriana:

Dobrym początkiem są zawsze cztery. Minimum cztery.

Nazajutrz otrzymaliśmy zaproszenie na kolację do Geralda Vordosti. Elf zdołał się dowiedzieć, iż istnieją piraci dowodzeni przez osobę zwaną Szaloną Virgo i pływający pod banderą czarnej owcy lub inną, w zależności od nastroju. Operują w pobliżu kolonii Arancii leżących niedaleko zachodniego kontynentu i jak na tak niewielką flotę, mają niezwykle dużą siłę rażenia. Ponoć potęgę zawdzięczają swej przywódczyni dysponującej jakimiś nadprzyrodzonymi mocami. Mówi się, że tajemnicza piratka ma na swych usługach krakena, jest dość bezwzględna i ma powiązania z jakąś nacją żyjącą na zachodnim kontynencie.

Co ciekawe, grupa istnieje od dawna, jednak niczym się nie wyróżniała i dopiero niedawno ich siła bardzo wzrosła. Arancia stara się z nimi walczyć, lecz póki co bez powodzenia.

Ta garść informacji w żaden sposób nie załatwiała nam jednak problemu z dotarciem na te odległe wyspy. Pływają tam głównie jednostki wojskowe Arancii, zaś podróż trwa wiele miesięcy. Statki powietrzne w ogóle tam nie latają, gdyż flota Arancii jest zbyt mała.

Nierozwiązana pozostała też kwestia dotarcia do samej Arancii - Vordosti na razie nie widział powodu, by zabrać nas na pokład swojego statku.

Zadaliśmy mu więc pytanie, jak cenna dla Imperium Nowego Porządku byłaby wdzięczność Arancii za rozwiązanie kwestii piratów - co być może jesteśmy w stanie zrobić. To zaintrygowało elfa, jednak nie jest upoważniony do podejmowania takich decyzji, więc będziemy musieli zaczekać na odpowiedź wyższej instancji.

CDN

19 - 27 Gahmila 1564 r. w świecie gry

(sesje 12 i 27-03-2016)

Pozdrawiam, Owca



 

 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66